Parafia

Spotkania w Parafii pw. Św. Ignacego Loyoli we Wrocławiu, ul. Wincentego Stysia 16 - w drugą sobotę miesiąca rozpoczynają się o godz. 15:00 Mszą Św. w intencji ratowania małżeństw. Duszpasterzem wspólnoty jest o. Maciej Konenc SJ. Parafia pw. Św. Ignacego Loyoli >>>

Stowarzyszenie OPP

program do pit - darmowy

ŚWIADECTWO WIARY DOROTY

Kim byłam:

Zadowoloną z siebie i swojego życia żoną, matką, siostrą, córką, pracownikiem i chrześcijanką. Żyłam ze świadomością, że mój mąż ma podobne do moich poglądy na wiele spraw. Podobny światopogląd. Mąż zarabiał na nasze utrzymanie, a ja dbałam o dom, o dzieci i codziennie czekałam na wspólne chwile. Nie potrafiłam znaleźć pracy, później dzięki bratowej i siostrze znalazłam ją i od tej chwili moje życie wyglądało tak: praca, zakupy, gotowanie, pranie, sprzątanie, wywiadówki, troszczenie się o dzieci, poranne picie kawy z mężem, niedzielne wizyty u teściów, rodziców, rodzeństwa, sobotnie i niedzielne spacery z mężem. Spowiedź na Wielkanoc, Boże Narodzenie, chrzty, komunie, bierzmowania, pogrzeby… Uczestnictwo w coniedzielnej Mszy Św. oraz w święta nakazane. Rekolekcje wielkopostne w parafii. Czasem Roraty, czasem Droga Krzyżowa.

Moje życie układało się coraz lepiej. Nareszcie wychodziliśmy z długów i zaczęło wystarczać do pierwszego, dzieci coraz starsze, nie wymagały mojej uwagi 24 godz/dobę.

Teraz powinna się zacząć idylla, jakieś plany dzielenia się naszym szczęściem z innymi ludźmi, może jakiś wolontariat, może rodzina zastępcza?

Tak widziałam nasze małżeństwo. Kłopoty z dziećmi, kłótnie, wydawały mi się naturalnym dodatkiem do życia rodzinnego, czymś co wcześniej, czy później ulegnie stabilizacji, tak jakoś samo. Przecież ja i mój mąż, też jakoś wyrośliśmy na „porządnych ludzi” mimo wielu zawirowań w młodości. Kochaliśmy naszych rodziców, kochaliśmy siebie, kochaliśmy nasze dzieci.

Nie chciałam zauważyć, że mój mąż widzi nasze małżeństwo inaczej. Aż zobaczyłam. Nasze idylliczne małżeństwo, to jedno wielkie kłamstwo. Serce mi pękło, moje zaufanie do męża zniknęło. Było mi źle, bardzo źle, potwornie źle, koszmarnie, życie było bolesne. Chciałam to zmienić, bo nie chciałam już do końca życia tylko płakać. Żeby przeżyć kolejny dzień i nie ulec rozpaczy zaczynałam dzień od modlitwy którą zna każdy AA:

O Boże, użycz mi pogody ducha, 
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Pozwól mi, cały ten dzień przeżyć w świadomości upływającego czasu.
Pozwól mi rozkoszować się chwilą w świadomości jej ograniczenia.
Pozwól mi zaakceptować konieczność jako drogę do wewnętrznego pokoju.
Pozwól mi, za przykładem Jezusa, przyjąć także ten grzeszny świat, jakim jest,
a nie, jakim ja chciałbym, aby był.
Pozwól mi zaufać, że będzie dobrze, jeśli zdam się na Ciebie i Twoją wolę.
Tak będę mógł być szczęśliwym w tym życiu
i osiągnąć pełnię szczęścia z Tobą w życiu wiecznym. Amen.

 

Jak Bóg mnie zmienia?

Powoli. Krok za krokiem. Tylko wtedy, gdy również ja działam. Nie tylko się modlę, ale działam. W moim przypadku, są to niezauważalne jeszcze dla innych zmiany. Bóg odkrywa powoli moje wady, abym pozwoliła je Bogu zmieniać w sobie. Jak? Poprzez spowiedź, moje działanie, błędy, upadki, przez ludzi, których spotykam, przez szczerość, dzielenie się z innymi swoją radością ale również kłopotami. Korzystam z rad wybranych osób „o tyle o ile” czyli z rozsądkiem. Gdybym nie rozmawiała z innymi mogłabym się radzić tylko siebie. A sama już rządziłam swoim życiem i wyszło jak wyszło. Wydaje mi się, że wyjście do ludzi i korzystanie z ich pomocy to dobry początek na walkę z pychą, która tkwiła we mnie bez mojej wiedzy. To pierwszy tip-topek do zmiany – słuchać innych, skonfrontować nasze przekonania z innymi, z fachowcami, z ludźmi o podobnych problemach, czasami nawet poznać drugą stronę medalu, a więc usłyszeć twarde zdanie, że użalamy się nad sobą zamiast coś zrobić.

Pierwszy krok: Modlitwa o wskazanie drogi, wskazanie ludzi, od których uzyskam pomoc. Modlitwa codzienna, modlitwa zamiast rozpamiętywania krzywd. Tych prawdziwych i tych wydumanych. Modlitwa, zamiast rozpaczania i użalania się nad sobą. Pierwszy krok prowadzi do drugiego.

Drugi krok: Działanie – zaufanie tym narzędziom, które są dostępne w naszych czasach, w moim mieście. Wcześniej, przez lata przejeżdżałam obok kościoła na pl. Dominikańskim i czytałam, że w pierwszą sobotę miesiąca jest msza św. z modlitwą o uzdrowienie. Co miesiąc postanawiałam, że w tym miesiącu na pewno pójdę. Teraz wreszcie wzięłam udział w modlitwie o uzdrowienie i pozwoliłam, by Bóg działał przez młodych ludzi modlących się nade mną. Prosiłam o uzdrowienie z lęku, o odwagę podejmowania działań, mimo ogromnego lęku, jaki jest moim udziałem, o odwagę wejścia na nową drogę, o zmiany w moim życiu.

Działanie to również przełamanie strachu przed wyjściem z problemami na zewnątrz. Skorzystanie z terapii dla współuzależnionych, uczestniczenie w terapii grupowej. Działanie, to również udział we wspólnocie Sychar. Skoro usłyszałam o wspólnocie Sychar to idę… (trwało to ponad rok zanim się zdecydowałam). A przyszłam dzięki osobie poznanej na NFZ-towskiej terapii dla współuzależnionych. Bóg mnie prowadzi przez ludzi, ja tylko mam prawo powiedzieć „tak”, albo odmówić. Duch tchnie kędy chce – mi otworzył oczy na wymiar duchowy i medytacyjny naszej wiary, na potrzebę stałego wzrastania i dojrzewania, na możliwość zmiany swojego zachowania poprzez ciężką pracę właśnie na terapii. Do tej pory myślałam tak: „Jestem niezdecydowana to jestem. Nie muszę decydować. Niech to robią inni”. Świat mną rządził a nie ja swoim życiem.

Ta odwaga (wymodlona przez innych) i potrzeba pracy nad swoimi niedoskonałościami, a właściwie nad doskonaleniem się do świętości, do której jesteśmy stworzeni, skierowała mnie na rekolekcje ignacjańskie. Dawna „ja” mówiła, że nie potrafię, nie dam rady i nie dla mnie te rekolekcje. Trwają aż pięć dni i to w ciszy i do tego jeszcze osobista rozmowa z kapłanem (ja jestem zbyt nieśmiała, zbyt głupia itp…,), to trudne – trzeba wziąć urlop w pracy, powiedzieć żeby do mnie nie dzwonili w tym czasie (a u mnie w pracy jest przyjęte, że trzeba być „on line” nawet na urlopie).

Ale mam ufać Bogu, to ufam. Jadę na rekolekcje a nie na wojnę. Może być tylko lepiej, czegoś się nauczę, coś poznam, może to jest to, czego szukam? Moja droga do Boga? Jakbym nie spróbowała tobym nie wiedziała.

Rekolekcje w ciszy…., Nic nie wiedziałam na temat tych rekolekcji. Pełne zaskoczenie. Takiego zaskoczenia życzę każdemu uczestnikowi rekolekcji. To jest spotkanie z Bogiem sam na sam. Bez pośpiechu, bez codziennych obowiązków. Odpoczynek w rękach Boga.

Bogu niech będą dzięki.

 

Szczególnie chcę podziękować Bogu za tych, którzy mnie wyprowadzają z równowagi, bo dzięki nim wiem, ile jeszcze drogi przede mną.

Pozwól mi, za przykładem Jezusa,
przyjąć także ten grzeszny świat, jakim jest,
a nie, jakim ja chciałbym, aby był.

Dorota.

Kronika